CUDA ŚWATA

Witam wszystkich


Fascynują mnie przepiękne zakątki naszej planety. Chciałabym się z Wami podzielić moim zainteresowaniem.



Zapraszam na krótkie opisy i zdjęcia z naszego świata.



czwartek, 17 lutego 2011

Greenway – Naszyjnik Północy. Jak się z nim zmierzyć?

Autorem artykułu jest hamer



Greenway - Naszyjnik Północy, to szlak o długości (odmierzonej przez jego administratora) 870 km, a rzeczywistej około 1ooo km i więcej. Aby się z nim zmierzyć, trzeba opracować sobie odpowiednią koncepcję. Artykuł ten pomoże w przyjęciu takiej koncepcji.

Przygodę z Naszyjnikiem Północy dalej zwanym przeze mnie Naszyjnikiem można rozpocząć w dowolnym jego punkcie, pamiętając jednak o tym, że w tym samym punkcie go kończymy, po pokonaniu tych teoretycznych ośmiuset siedemdziesięciu kilometrów szlaku.

Piszę, że teoretycznie, bo organizatorzy wytyczając szlak policzyli długość wszystkich odcinków szlaku i tak im wyszło. Jest to długość administracyjna, odbiegająca i to znacznie od rzeczywistej. Rzeczywistej, czyli takiej ilości przebytych kilometrów na szlaku, które poświęcimy na zwiedzanie ciekawych miejsc i obiektów, a które położone są tuż przy szlaku, ale jednak nie na nim i aby je zwiedzić, trzeba ze szlaku odjechać, by ponownie na niego wrócić.

Ja zacząłem przygodę z Naszyjnikiem z pozycji Bornego Sulinowa, położonego na szlaku, kierując się zasadą: dojeżdżam rowerem do szlaku, pokonuję określony odcinek szlaku i wracam na koniec dnia do własnego łoża. Tym sposobem (dojazd rowerem, a także dojazd i rowerem i pociągiem) pokonałem Naszyjnik w części jego pętli wyznaczonej przez Złotów i Biały Bór. Ta druga część pętli Naszyjnika wymagała ode mnie oderwania się od własnego łoża i pokonania jej w formie kilkudniowego rajdu rowerowego, gdzie na końcu każdego etapu czekał na mnie zarezerwowany wcześniej nocleg. Tak pokonałem pętlę w jej części zaczynając w Białym Borze i rajdem po Borach Tucholskich kończąc w Złotowie.

Piszę o tym, bo uważam za ważne to, aby dobrze się zorganizować. Można też tak, jak uczynił mój przyjaciel Remigiusz, Na Naszyjnik przez Bory Tucholskie, zainstalował się w Chojnicach w schronisku młodzieżowym i także dojeżdżając do szlaku, poruszając się po nim i wracając każdego dnia do Chojnic, pokonał go. Nie polecam tej formy, bo to już jest wyczyn wymagający ogromnej kondycji fizycznej.

W każdym innym przypadku START zaczynamy w Debrznie i pokonawszy Naszyjnik kończymy w Debrznie - mieście, w którym mieści się Fundacja Naszyjnika, a miejsce startu znajduje się przy ul. Ogrodowej 26.

W kolejnych artykułach opiszę poszczególne etapy pokonanego szlaku, zamieszczając także komentarze o tym, jak się ma rzeczywistość na szlaku w stosunku do barwnych opisów, z jakimi się spotkamy, gdy ten nas zainteresuje.

Są też tacy zdobywający Naszyjnik, którzy wyposażeni są w samochód i wieszak samochodowy na rowery. Podjeżdżają do szlaku, wskakują na rower i jazda na całe 20 km . Można i tak, ale nie uchodzi. No nie uchodzi!

---

http://rowerempokraju.blogspot.com/

hamer


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Mazury - kraina wielkich jezior

Autorem artykułu jest Wicherek



Jedno z najpiękniejszy miejsc w Polsce , ale i w Europie. Przepiękne krajobrazy, jeziora, lasy - a wśród nich zabytki i miejsca , które warto zobaczyć. O jakże innym klimacie niż morze czy rejony na południu Polski.

Mazury to lektura obowiązkowa dla każdego prawdziwego turysty. Co tu znajdziemy? Przede wszystkim jeziora - wielkie, wspaniałe, czasem dzikie. Otoczone lasami, łąkami. Lasami , gdzie możemy spotkać dzikie zwierzęta, nazbierać grzybów, jagód czy poziomek. W tej krainie znajdziemy ponadto ciszę i spokój - dla mieszkańców dużych miast tak poszukiwaną. Zdala od hałasu i pośpiechu życia codziennego możemy odpocząć i podziwiać przyrodę.

A więc teraz główne punkty wycieczek po Mazurach :

- Giżycko , miasto znane przede wszystkim żeglarzom i miłośnikom sportów wodnych. Do obejrzenia zabytkowy, drewniany most łączący dwie części miasta. Most jest składany na czas przepływu statków i innego rodzaju jednostek pływających. Oprócz tego do zwiedzania jest stary fort pruski.

- Gierłoż , skrywająca mroczne sekrety czasów drugiej wojny światowej. W tym okolicach mieściła się słynna siedziba Hitlera. Możemy podziwiać systemy zamaskowań, obejrzeć główny bunkier przywódcy III Rzeszy. Warto też posłuchać przewodnika o kulisach zamachu i innych ciekawostkach na temat Wilczego Szańca

- Mikołajki, port jachtowy a zarazem urocze miasteczko i atmosfera spod znaku Króla Sielaw.

- Mrągowo, stolica polskiego country a także wielu imprez jak np. mazurskie noce kabaretowe.

- Szczytno, przemiłe miasteczko na granicy Mazur. Piękny rynek i jeziora w centrum miasta.

- Olsztyn, najwięsze miasto. Warto zobaczyć planetarium.

Gdzie się zatrzymać?

Mazurska kraina jest bogata w ośrodki wypoczynkowe czy gospodarstwa agroturystyczne więc ze znalezieniem czegoś dla swoich potrzeb nie powinno być problemu. Naturalnie prawdziwe wspomnienia zatrzymamy dla siebie śpiąc w namiocie - kto choć raz uczestniczył w takiej wyprawie wie o czym mówię. Odgłos deszczu padającego na namiot jest bezcenny. Polecany środek transportu to oczywiście samochód ...

---

Adventuresquad.pl - sklep turystyczny dla Ciebie!


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Burgas i okolice

Autorem artykułu jest Bilety Lotnicze



Wizzair, Bulgaria Air, PLL LOT, SAS to linie lotnicze dzięki którym możemy dotrzeć do Burgas, czwartego, po Sofii, Płowdiwie i Warnie, miasta w Bułgarii pod względem liczby mieszkańców. Obecnie to ważny ośrodek kulturalny, turystyczny, przemysłowy i port rybacki.

Wizzair, Bulgaria Air, PLL LOT, SAS to linie lotnicze dzięki którym możemy dotrzeć do Burgas, czwartego, po Sofii, Płowdiwie i Warnie, miasta w Bułgarii pod względem liczby mieszkańców. Obecnie to ważny ośrodek kulturalny, turystyczny, przemysłowy i port rybacki. Dzięki źródłom termalnym stanowi uzdrowisko, posiada także największy w Bułgarii międzynarodowy port lotniczy. Burgas to doskonały punkt wypadowy do okolicznych miejscowości. Cały region oferuje zróżnicowane formy wypoczynku i krajobrazy - w bliskim sąsiedztwie leżą Słoneczny Brzeg, Pomorie, Sozopol i mniejsze Kiten, Lozenec oraz Czernomorec.

Wizzair do Burgas

W Burgas znajdują się liczne muzea - Galeria Sztuki Współczesnej, w której znajdziemy także kolekcję ikon z XVII - XIX wieku, Muzeum Archeologiczne, gdzie prezentowane są eksponaty z regionu: narzędzia i ceramika, złoto trackie i rzymskie kamienne tablice z inskrypcjami. W Muzeum Historii Naturalnej spotkamy rozmaite gatunki flory oraz fauny, a w Muzeum Etnograficznym liczne maski, ubiory i przedmioty związane z rybołówstwem. Jedne z największych zbiorów posiada Muzeum Historyczne - w nim zapoznamy się z dziejami miasta i regionu. Niewątpliwą atrakcją jest Nadmorski Park - miejsce przedstawień i festiwali pod gołym niebem. Do miejsc, gdzie warto zajrzeć należy katedra poświęcona Cyrylowi i Metodemu, cerkiew ormiańska oraz ekspozycja kwiatów.W odległości około 35. kilometrów od Burgas leży Słoneczny Brzeg. Nazwa kojarzy się z czasami socjalizmu, kiedy Polacy wyjeżdżali na bułgarskie wakacje. Obecnie nastąpiło odrodzenie miasta, nowe hotele, nowe atrakcje i nowa, już unijna rzeczywistość. Piękna plaża o szerokości od 30. do 60. metrów ciągnie się przez ponad osiem kilometrów i dzięki łagodnemu zejściu do wody oraz piaszczystemu podłożu sprzyja kąpielom słonecznym i morskim. W Słonecznym Brzegu znajdują się liczne atrakcje dla dzieci: place zabaw, baseny z brodzikami, czy działające całą dobę przedszkola.

Nesebyr to jedno z najstarszych miast Europy - początki sięgają VII wieku p.n.e. Od Burgas dzieli je niewielka odległość, a dzięki zabytkom architektury z listy UNESCO cieszy się popularnością wśród turystów. Tu stoi Cerkiew Stara Metropolia z V-VI wieku i doskonale zachowana Cerkiew Nowa Metropolia.

---

Bilety Lotnicze eSKY.pl


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

niedziela, 6 lutego 2011

TAJLANDIA - Z Wizytą w Raju

Autorem artykułu jest KiniaMalinia



Bo kto nie chciałby zasmakować Raju? Wspaniałe, piaszczyste plaże, olbrzymie palmy, kolorowe ryby, wiszące skały i przepiękne świątynie. To wszystko Tajlandia. Ale w którą stronę wyruszyć? Które miejsca spośród obfitości wybrać na cel podróży.

Bangkok - Phuket - Krabi/Railay Bay - Bangkok

Otóż dużo zależy od pogody. W Tajlandii można by wyznaczyć trzy sezony: od grudnia do lutego, kiedy panuje pora sucha a temperatura nie naprzykrza się wynosząc między 28 - 32 stopnie Celcjusza, jednakże sezon turystyczny trwa na całego, więc jest dość tłoczno; miedzy marcem a czerwcem jest bardzo gorąco, do 38 stopni Celcjusza; w pozostałej części roku pada deszcz, będący wybawieniem dla plonów i chwilą oddechu dla mieszkańców. Wielu turystów chętnie wybiera właśnie tą ostatnią porę ze względu na spokój i przyjemne temperatury. Najbezpieczniejszym miejscem wypoczynku zdaje się być wyspa Ko Samui w południowej części kraju, gdzie w porze deszczowej jest zwykle bardziej sucho niż gdzie indziej.

Cel podróży powinien także wyznaczać kierunek, w którym się udamy. Tajlandia to nie tylko wspaniałe miejsca Bangkok - Wat Arunwypoczynku plażowego, ale także niesamowite miejsca kulturowe takie jak Bangkok, Chiang Mai, Chiang Rai, Ajutthaja...
My postawiliśmy na coś pomiędzy; trochę zwiedzania i trochę wypoczynku. A nawet dużo wypoczynku, stosując zasadę „najpierw się meczymy a potem leżymy". Oczywiście nie wyszło tak jak miało, gdyż kiedy tylko się położyliśmy od razu zaczynało nas nosić i rzucało w inne miejsca.

Czas opalania podczas dwutygodniowego wyjazdu: 2 godziny 17 minut.
Pierwszy komentarz usłyszany po powrocie: „Phi! Ja to po pół dnia w moim ogródku jestem bardziej opalona!"
Cóż, już wylizałam rany, nie tylko opalenizną człowiek żyje.

Pierwszy rzut - Bangkok. Niektórzy kochają, inni nienawidzą. Chyba nie ma nic pomiędzy. Ja kocham. To wielkie, zatłoczone miasto, gdzie wielkie drapacze chmur mieszają się z rozpadającymi chatkami, gdzie jedzenie na ulicy jest smaczniejsze niż w restauracji, gdzie chmury nie ustępują a ulice są tak czyste, że powodują zakłopotanie u polskiego turysty.

Nazbyt wiele jest do zobaczenia w Bangkoku a ograniczenia czasowe narzuciły nam pewną formę biegu. Dwa ekstremalne dni, 48 godzin, trochę Dolców w kieszeni, dało się.

Już po przyjeździe wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy nocą. Kolorowe neony miasta, które nie śpi, kluby oraz restauracje otwarte do rana i muzyka. Umęczeni po nocnych wędrówkach w końcu padliśmy na pyszczki, bo przecież jutro zaczyna się prawdziwe zwiedzanie.

Wczesnym rankiem, wyposażeni w klapki, wodę i aparat fotograficzny wyruszyliśmy na podbój miasta. Wycieczkę z przewodnikiem w języku angielskim wykupiliśmy w naszym hotelu. Koszt niewielki a zawsze raźniej zwiedzać obce miejsca z kimś kto wie co, gdzie i jak a czego nie.

Jako pierwszą odwiedziliśmy Świątynię Świtu (Wat Arun), wnoszącą się na wysokość ponad 85 metrów na zachodnim brzegu głównej rzeki, Chao Phraya. Na tą stronę rzeki przedostaliśmy się regularnie kursującą łodzią. Świątynia została zakończona w XIX wieku i przyozdobiona przez króla Mongkuta porcelaną. Zaiste ciekawy to widok, gdy przyglądając się z bliska fasadzie widzi się kawałki talerzyków i innych przyrządów. Pałac Królewski & Wat Phrae Kaeo

Po małej wspinaczce oraz spacerze tą samą łodzią przetransportowaliśmy się na brzeg przeciwny, aby zobaczyć wspaniałą Świątynię Leżącego Buddy (Wat Pho), będącą jednocześnie najstarszą budowlą tego typu w Bangkoku. Już dochodząc do budowli słyszeliśmy dzwonienie jakby metalu o metal. Przyszło nam się chwilę zastanawiać zanim odkryliśmy co to było. A mianowicie wzdłuż jednej ze ścian ustawiono kilkadziesiąt metalowych pojemników, do których od pierwszego do ostatniego po jednym bahcie wrzucano na szczęście. I stąd ten raban. My oczywiście również skorzystaliśmy. Nie odważylibyśmy się tego nie zrobić, zwłaszcza że drobne monetki dostępne były na wymianę tuż obok. O wszystkim pomyśleli. Mi, co prawda drobne fanty skończyły się na trzy kubełki przed końcem, ale mam nadzieję, że to nie będzie zbytnio rzutować na moje wygórowane marzenia.

To, co przyciąga to zapewne ogromna, wręcz niesamowita, bo ponad 46 metrowa na długość i 15 na wysokość, pozłacana figura leżącego Buddy uchwyconego w momencie odczuwania nirwany. Widok jest, rzeczywiście wspaniały, blaknący jednak trochę przez stosunkowo małe pomieszczenie, w którym się znajduje. Większy obiekt zapewne uwydatniłby walory posągu. Stopy figury ozdobione macicą perłową przedstawiają 108 lakszan, czyli pomyślnych znaków świadczących o oświeceniu.

Po chwilach uniesienia i zachwytu zapakowaliśmy się radośnie do busa i przedarliśmy przez katastrofalne korki uliczne na północną część miasta, aby zobaczyć Marmurową Świątynię (Wat Benchamabophit). Ciekawostką tej dość nowej, bo z początku XX wieku, świątyni jest całe wnętrze wyłożone marmurem kararyjskim.

Już po 30 minutach byliśmy znowu w drodze, tym razem Tuk Tukiem, czyli „ręka, noga, mózg na ścianie...kto przeżyje temu medal". Aczkolwiek i tak uważam, że jest to przeżycie wręcz niezbędne do pełnego obrazu komunikacji miejskiej Bangkoku. Nasz wesoły kierowca wyrzucił nas tuz pod Wat Traimit na samym brzegu Chińskiej Dzielnicy. Tak, w Bangkoku jest chińska dzielnica. Na nasze nieszczęście Świątynia była w remoncie i nie udało nam się wejść do środka, więc jedyne, co nam pozostało to próba dojrzenia słynnej figury Złotego Buddy poprzez zaglądanie przez okienka.
Po tym „prawie zwiedzaniu" postanowiliśmy przedreptać się co nieco po chińskich włościach i rzeczywiście, wkraczając na te tereny mieliśmy wrażenie wstępowania do innego świata. Chińskie znaki, chińskie sklepy, chiński targ, chińscy przechodnie na ulicach. W kilku słowach: wesoło, kolorowo, inaczej. I tam właśnie zjedliśmy kolację oraz włóczyliśmy się do późnej nocy.

Na następny dzień przeznaczyliśmy sobie Pływający Targ oraz zwiedzanie Świątyni Szmaragdowego Buddy (Wat Phra Targ Wodny – Damnoen SoudakKaeo) i Wielkiego Pałacu dlatego też już przed 7 rano byliśmy na nogach. Lekko zaspani po nader wczesnym, wciskanym na siłę, śniadanku pojechaliśmy zobaczyć tradycyjny tajski targ w Damnoen Saduak, oddalonym od Bangkoku około 100 kilometrów. Z pierwszej przystani długą łodzią motorową dowieziono nas do mniejszej przystani, gdzie przesiedliśmy się na wąskie łódeczki, którymi buszowaliśmy między unoszącymi się na wodzie straganami. A tam „do wyboru, do koloru", wszystkiego po trochu. Kolorowe maski, świecidełka, biżuteria, pamiątki, jedzenie i pyyyyszne kokosy, które sprzedawczyni rozbijała na naszych oczach i podawała wyposażone jedynie w słomkę. Pyszne.
Jednakże nie jestem pewna czy ten „rejsik" drugą łódką jest konieczny, kiedy tak naprawdę stanowcza większość stoisk targowych dostępna jest z poziomu lądu? Chyba nie, tłok na wodzie był straszny i musze się przyznać, ze po dłuższej chwili zażądałam wysadzenia mnie na poboczu i resztę wycieczki kontynuowałam na pieszo.

Po tej pouczającej lekcji targowania się wróciliśmy do Bangkoku aby nadal eksplorować okolice. Z autobusu wysiedliśmy zaraz obok Wielkiego Pałacu i tam, już o własnych nóżkach, podreptaliśmy na dalsze zwiedzanie.
Ten ogromny kompleks pochłonął nam drugie pół dnia. Wybierając się do Pałacu warto pamiętać o odpowiednim stroju, a wiec długich spodniach i koszuli z rękawami. W razie zapomnienia o tym zwyczaju, można takowy strój wypożyczyć. Zaiste, tak gustowny, że ciężko uniknąć wiejskiego wyglądu a co za tym idzie i samopoczucia.

Tuz po wejściu udaliśmy się w kierunku wspaniałej Galerii Ramakien z malowidłami ściennymi (odnawianymi cały rok, ze względu na wilgotność powietrza), a następnie idąc w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara podziwialiśmy Bibliotekę, Mauzoleum, Królewski Panteon, Prangi oraz przeogromną Złotą Czedi (z kawałkiem mostka Buddy w środku), by na końcu zobaczyć klejnot zespołu, czyli Świątynię Szmaragdowego Buddy. Na pewno nie należy się nastawiać na wielki wspaniały posąg, powalający wręcz swoi widokiem na samym wejściu. Inaczej, trzeba się skoncentrować i....skupić wzrok. Ta zaledwie sześćdziesięciokilkucentymetrowa figurka z zielonego jaspisu, stojąca w centrum świątyni, działa wręcz magnetycznie na zwiedzających. Sam Król przebiera jej złotą sukienkę zgodnie ze zmianami pór roku.

Uznając Świątynie Szmaragdowego Buddy za największą atrakcję kompleksu, pozostał nam szybki spacer po posiadłościach pałacowych, salach recepcyjnych i innych przynależnych budynkach, które mimo ze przepiękne, nie robiły już na nas aż tak wielkiego wrażenia, zwłaszcza, ze styrani głodni myśleliśmy jedynie o najbliższej budzie z jedzeniem. Jak tylko takową dopadliśmy wciągnęliśmy bez opamiętania po kilka smażonych kulek i sajgonek na łebka. Z perspektywy czasu był to nasz najlepszy obiad podczas całej wycieczki.

Wieczorem postanowiliśmy sprawdzić słynny kabaret transwestytów, „Calypso". Musze przyznać, że było warto zobaczyć to niesamowite przedstawienie. Całość polega na tańcu, scenkach i ruchach pod playback kabaretowy od lat 40-tych do 60-tych, gdzie cała scena aż roi się od wystrojonych w pióra chłopców ze sztucznymi biustami, boskimi makijażami i fryzurami, którzy do złudzenia przypominają kobiety. Po wszystkim można było, oczywiście, sfotografować się z ulubionymi aktorami. Ekstra. Jeden drink w cenie biletu.Kabaret Calypso

Następnego dnia rankiem byliśmy już w drodze na lotnisko w Bangkoku, żeby zbadać ten słynny Phuket. Plaże i morze widzieliśmy już z okien samolotu a w naszych głowach kreowały się wypoczynkowe myśli. Już to sobie wyobrażaliśmy, plaża, słońce, drink z palemką i tajski masaż stóp. Prawie nam wyszło. Na naszej drodze stanęło jedynie kilkuset podstarzałych Anglików i Szwedów prowadzających się wszędzie z młodziutkimi Tajkami, czyniąc atmosferę mało wakacyjną. Plaża też pozostawia wiele do życzenia, drogo, wszystkie leżaki płatne, zero targowania a piasek dawno przestał być złoty. Jedyna rzecz godna polecenia to wypożyczenie skutera (cena około 200 THB na cały dzień) i podróż przez całą wyspę wzdłuż plaż. Słońce nad głowami, ciepły wietrzyk na twarzy...tak to jest warte zachodu!

Po dwóch długich dniach na Phukecie wsiedliśmy na statek, żeby dopłynąć do rajskiego Krabi. Procedura jest prosta: „Pilnuj naklejki"!. I to jest prawda. W kraju, gdzie język angielski jest jeszcze mniej powszechny niż w Polsce, odwoływanie się do prostych znaków zdaje się być niezbędne, a jako, ze statek płynął w kilka różnych miejsc a do tego posiadał parę miejsc przesiadkowych w pełnym morzu, to aby się nie zgubić i nie odnaleźć gdzieś zupełnie indziej, kolorowej naklejki z oznaczeniem celu podróży należało bardzo strzec. Rzeczywiście po dwóch przesiadkach na inne statki i w ostateczności na długą łódź, dotarliśmy na plaże Zatoki Railay, gdzie znajdował się nasz hotel. Walizki na kółkach nie były dobrym pomysłem w miejscu gdzie transfer kończy się w wodzie po kolana 20m od brzegu a od hotelu dzieli cię jeszcze 30 metrowy pas piaszczystej plaży. Ale poradziliśmy sobie. A raczej kobiety sobie poradziły dając swoje walizki mężom do dźwigania na plecach.

Railay Bay – transfer hotelowy :)Już podpływając do Zatoki, rozpostarł się przed nami boski widok... Wspaniałe, ogromne, jakby „wiszące" ponad taflą wody skały, biały piasek i wszechogarniający spokój podszeptywał nam, że właśnie tu mieliśmy się znaleźć. Tu czas jakby się zatrzymał, tu nie ma samochodów, ba! tu nie ma nawet drogi. Tylko skały, wspinający się na nie śmiałkowie, gęsty las, kilka hoteli i sklepików oraz plaża. Właśnie tak wyobrażałam sobie miejsce do wypoczynku. Nie minęło 20 minut a już byliśmy po zakwaterowaniu i z powrotem na plaży z ręcznikami w zębach, gotowi do smażenia się na słońcu. I tak właśnie, z małymi wyjątkami, z mniejszym lub większym filtrem, spędziliśmy następne pięć dni. Mój typ, filtr 35. Wyjątkami były sporadyczne wyczerpujące wycieczki kajakami wokół pobliskich skał bądź na zakupy w pobliskim Ao Nang, oddalonym o 80 THB i 15 minut rejsu długą łodzią oraz całodniowy wypad motorówką na wysepki Phi Phi.
Niezwykłe wysepki o baśniowej nazwie Phi Phi znane są przede wszystkim jako miejsce nakręcenia filmu „Niebiańska Plaża" z Leo Di Caprio w roli głównej i zaiste są prześliczne. Niestety nie pominął ich rozwój turystyki i elementy cyrkowe występują gdzie niegdzie, to pod postacią sklepów i straganów z pamiątkami, to kolorowej zjeżdżalni na środku morza. Są też kolorowe rybki pływające tuż przy powierzchni, które tylko zapraszają do podglądania. Jednak warto zobaczyć ten skrawek Raju na ziemi, choćby po to, żeby mieć na jego temat własne zdanie.

Po pięciu dniach prawie - leniuchowania przyszedł czas na powrót do rzeczywistości. Zapakowaliśmy się więc z naszymi kołeczkowymi walizkami do długiej łodzi, następnie do busa na lotnisko w Krabi, potem na lot do Bangkoku, potem do Doha, następnie do Paryża a na końcu do Krakowa... Ledwie 37 godzin i już byliśmy w domu. W innym świecie. Po wakacjach......
Pozostały wspomnienia, 568 zdjęć i plany na następną eskapadę.

więcej na moim blogu

---

KiniaMalinia


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

TAJLANDIA - Z Wizytą w Raju

Autorem artykułu jest KiniaMalinia



Bo kto nie chciałby zasmakować Raju? Wspaniałe, piaszczyste plaże, olbrzymie palmy, kolorowe ryby, wiszące skały i przepiękne świątynie. To wszystko Tajlandia. Ale w którą stronę wyruszyć? Które miejsca spośród obfitości wybrać na cel podróży.

Bangkok - Phuket - Krabi/Railay Bay - Bangkok

Otóż dużo zależy od pogody. W Tajlandii można by wyznaczyć trzy sezony: od grudnia do lutego, kiedy panuje pora sucha a temperatura nie naprzykrza się wynosząc między 28 - 32 stopnie Celcjusza, jednakże sezon turystyczny trwa na całego, więc jest dość tłoczno; miedzy marcem a czerwcem jest bardzo gorąco, do 38 stopni Celcjusza; w pozostałej części roku pada deszcz, będący wybawieniem dla plonów i chwilą oddechu dla mieszkańców. Wielu turystów chętnie wybiera właśnie tą ostatnią porę ze względu na spokój i przyjemne temperatury. Najbezpieczniejszym miejscem wypoczynku zdaje się być wyspa Ko Samui w południowej części kraju, gdzie w porze deszczowej jest zwykle bardziej sucho niż gdzie indziej.

Cel podróży powinien także wyznaczać kierunek, w którym się udamy. Tajlandia to nie tylko wspaniałe miejsca Bangkok - Wat Arunwypoczynku plażowego, ale także niesamowite miejsca kulturowe takie jak Bangkok, Chiang Mai, Chiang Rai, Ajutthaja...
My postawiliśmy na coś pomiędzy; trochę zwiedzania i trochę wypoczynku. A nawet dużo wypoczynku, stosując zasadę „najpierw się meczymy a potem leżymy". Oczywiście nie wyszło tak jak miało, gdyż kiedy tylko się położyliśmy od razu zaczynało nas nosić i rzucało w inne miejsca.

Czas opalania podczas dwutygodniowego wyjazdu: 2 godziny 17 minut.
Pierwszy komentarz usłyszany po powrocie: „Phi! Ja to po pół dnia w moim ogródku jestem bardziej opalona!"
Cóż, już wylizałam rany, nie tylko opalenizną człowiek żyje.

Pierwszy rzut - Bangkok. Niektórzy kochają, inni nienawidzą. Chyba nie ma nic pomiędzy. Ja kocham. To wielkie, zatłoczone miasto, gdzie wielkie drapacze chmur mieszają się z rozpadającymi chatkami, gdzie jedzenie na ulicy jest smaczniejsze niż w restauracji, gdzie chmury nie ustępują a ulice są tak czyste, że powodują zakłopotanie u polskiego turysty.

Nazbyt wiele jest do zobaczenia w Bangkoku a ograniczenia czasowe narzuciły nam pewną formę biegu. Dwa ekstremalne dni, 48 godzin, trochę Dolców w kieszeni, dało się.

Już po przyjeździe wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy nocą. Kolorowe neony miasta, które nie śpi, kluby oraz restauracje otwarte do rana i muzyka. Umęczeni po nocnych wędrówkach w końcu padliśmy na pyszczki, bo przecież jutro zaczyna się prawdziwe zwiedzanie.

Wczesnym rankiem, wyposażeni w klapki, wodę i aparat fotograficzny wyruszyliśmy na podbój miasta. Wycieczkę z przewodnikiem w języku angielskim wykupiliśmy w naszym hotelu. Koszt niewielki a zawsze raźniej zwiedzać obce miejsca z kimś kto wie co, gdzie i jak a czego nie.

Jako pierwszą odwiedziliśmy Świątynię Świtu (Wat Arun), wnoszącą się na wysokość ponad 85 metrów na zachodnim brzegu głównej rzeki, Chao Phraya. Na tą stronę rzeki przedostaliśmy się regularnie kursującą łodzią. Świątynia została zakończona w XIX wieku i przyozdobiona przez króla Mongkuta porcelaną. Zaiste ciekawy to widok, gdy przyglądając się z bliska fasadzie widzi się kawałki talerzyków i innych przyrządów. Pałac Królewski & Wat Phrae Kaeo

Po małej wspinaczce oraz spacerze tą samą łodzią przetransportowaliśmy się na brzeg przeciwny, aby zobaczyć wspaniałą Świątynię Leżącego Buddy (Wat Pho), będącą jednocześnie najstarszą budowlą tego typu w Bangkoku. Już dochodząc do budowli słyszeliśmy dzwonienie jakby metalu o metal. Przyszło nam się chwilę zastanawiać zanim odkryliśmy co to było. A mianowicie wzdłuż jednej ze ścian ustawiono kilkadziesiąt metalowych pojemników, do których od pierwszego do ostatniego po jednym bahcie wrzucano na szczęście. I stąd ten raban. My oczywiście również skorzystaliśmy. Nie odważylibyśmy się tego nie zrobić, zwłaszcza że drobne monetki dostępne były na wymianę tuż obok. O wszystkim pomyśleli. Mi, co prawda drobne fanty skończyły się na trzy kubełki przed końcem, ale mam nadzieję, że to nie będzie zbytnio rzutować na moje wygórowane marzenia.

To, co przyciąga to zapewne ogromna, wręcz niesamowita, bo ponad 46 metrowa na długość i 15 na wysokość, pozłacana figura leżącego Buddy uchwyconego w momencie odczuwania nirwany. Widok jest, rzeczywiście wspaniały, blaknący jednak trochę przez stosunkowo małe pomieszczenie, w którym się znajduje. Większy obiekt zapewne uwydatniłby walory posągu. Stopy figury ozdobione macicą perłową przedstawiają 108 lakszan, czyli pomyślnych znaków świadczących o oświeceniu.

Po chwilach uniesienia i zachwytu zapakowaliśmy się radośnie do busa i przedarliśmy przez katastrofalne korki uliczne na północną część miasta, aby zobaczyć Marmurową Świątynię (Wat Benchamabophit). Ciekawostką tej dość nowej, bo z początku XX wieku, świątyni jest całe wnętrze wyłożone marmurem kararyjskim.

Już po 30 minutach byliśmy znowu w drodze, tym razem Tuk Tukiem, czyli „ręka, noga, mózg na ścianie...kto przeżyje temu medal". Aczkolwiek i tak uważam, że jest to przeżycie wręcz niezbędne do pełnego obrazu komunikacji miejskiej Bangkoku. Nasz wesoły kierowca wyrzucił nas tuz pod Wat Traimit na samym brzegu Chińskiej Dzielnicy. Tak, w Bangkoku jest chińska dzielnica. Na nasze nieszczęście Świątynia była w remoncie i nie udało nam się wejść do środka, więc jedyne, co nam pozostało to próba dojrzenia słynnej figury Złotego Buddy poprzez zaglądanie przez okienka.
Po tym „prawie zwiedzaniu" postanowiliśmy przedreptać się co nieco po chińskich włościach i rzeczywiście, wkraczając na te tereny mieliśmy wrażenie wstępowania do innego świata. Chińskie znaki, chińskie sklepy, chiński targ, chińscy przechodnie na ulicach. W kilku słowach: wesoło, kolorowo, inaczej. I tam właśnie zjedliśmy kolację oraz włóczyliśmy się do późnej nocy.

Na następny dzień przeznaczyliśmy sobie Pływający Targ oraz zwiedzanie Świątyni Szmaragdowego Buddy (Wat Phra Targ Wodny – Damnoen SoudakKaeo) i Wielkiego Pałacu dlatego też już przed 7 rano byliśmy na nogach. Lekko zaspani po nader wczesnym, wciskanym na siłę, śniadanku pojechaliśmy zobaczyć tradycyjny tajski targ w Damnoen Saduak, oddalonym od Bangkoku około 100 kilometrów. Z pierwszej przystani długą łodzią motorową dowieziono nas do mniejszej przystani, gdzie przesiedliśmy się na wąskie łódeczki, którymi buszowaliśmy między unoszącymi się na wodzie straganami. A tam „do wyboru, do koloru", wszystkiego po trochu. Kolorowe maski, świecidełka, biżuteria, pamiątki, jedzenie i pyyyyszne kokosy, które sprzedawczyni rozbijała na naszych oczach i podawała wyposażone jedynie w słomkę. Pyszne.
Jednakże nie jestem pewna czy ten „rejsik" drugą łódką jest konieczny, kiedy tak naprawdę stanowcza większość stoisk targowych dostępna jest z poziomu lądu? Chyba nie, tłok na wodzie był straszny i musze się przyznać, ze po dłuższej chwili zażądałam wysadzenia mnie na poboczu i resztę wycieczki kontynuowałam na pieszo.

Po tej pouczającej lekcji targowania się wróciliśmy do Bangkoku aby nadal eksplorować okolice. Z autobusu wysiedliśmy zaraz obok Wielkiego Pałacu i tam, już o własnych nóżkach, podreptaliśmy na dalsze zwiedzanie.
Ten ogromny kompleks pochłonął nam drugie pół dnia. Wybierając się do Pałacu warto pamiętać o odpowiednim stroju, a wiec długich spodniach i koszuli z rękawami. W razie zapomnienia o tym zwyczaju, można takowy strój wypożyczyć. Zaiste, tak gustowny, że ciężko uniknąć wiejskiego wyglądu a co za tym idzie i samopoczucia.

Tuz po wejściu udaliśmy się w kierunku wspaniałej Galerii Ramakien z malowidłami ściennymi (odnawianymi cały rok, ze względu na wilgotność powietrza), a następnie idąc w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara podziwialiśmy Bibliotekę, Mauzoleum, Królewski Panteon, Prangi oraz przeogromną Złotą Czedi (z kawałkiem mostka Buddy w środku), by na końcu zobaczyć klejnot zespołu, czyli Świątynię Szmaragdowego Buddy. Na pewno nie należy się nastawiać na wielki wspaniały posąg, powalający wręcz swoi widokiem na samym wejściu. Inaczej, trzeba się skoncentrować i....skupić wzrok. Ta zaledwie sześćdziesięciokilkucentymetrowa figurka z zielonego jaspisu, stojąca w centrum świątyni, działa wręcz magnetycznie na zwiedzających. Sam Król przebiera jej złotą sukienkę zgodnie ze zmianami pór roku.

Uznając Świątynie Szmaragdowego Buddy za największą atrakcję kompleksu, pozostał nam szybki spacer po posiadłościach pałacowych, salach recepcyjnych i innych przynależnych budynkach, które mimo ze przepiękne, nie robiły już na nas aż tak wielkiego wrażenia, zwłaszcza, ze styrani głodni myśleliśmy jedynie o najbliższej budzie z jedzeniem. Jak tylko takową dopadliśmy wciągnęliśmy bez opamiętania po kilka smażonych kulek i sajgonek na łebka. Z perspektywy czasu był to nasz najlepszy obiad podczas całej wycieczki.

Wieczorem postanowiliśmy sprawdzić słynny kabaret transwestytów, „Calypso". Musze przyznać, że było warto zobaczyć to niesamowite przedstawienie. Całość polega na tańcu, scenkach i ruchach pod playback kabaretowy od lat 40-tych do 60-tych, gdzie cała scena aż roi się od wystrojonych w pióra chłopców ze sztucznymi biustami, boskimi makijażami i fryzurami, którzy do złudzenia przypominają kobiety. Po wszystkim można było, oczywiście, sfotografować się z ulubionymi aktorami. Ekstra. Jeden drink w cenie biletu.Kabaret Calypso

Następnego dnia rankiem byliśmy już w drodze na lotnisko w Bangkoku, żeby zbadać ten słynny Phuket. Plaże i morze widzieliśmy już z okien samolotu a w naszych głowach kreowały się wypoczynkowe myśli. Już to sobie wyobrażaliśmy, plaża, słońce, drink z palemką i tajski masaż stóp. Prawie nam wyszło. Na naszej drodze stanęło jedynie kilkuset podstarzałych Anglików i Szwedów prowadzających się wszędzie z młodziutkimi Tajkami, czyniąc atmosferę mało wakacyjną. Plaża też pozostawia wiele do życzenia, drogo, wszystkie leżaki płatne, zero targowania a piasek dawno przestał być złoty. Jedyna rzecz godna polecenia to wypożyczenie skutera (cena około 200 THB na cały dzień) i podróż przez całą wyspę wzdłuż plaż. Słońce nad głowami, ciepły wietrzyk na twarzy...tak to jest warte zachodu!

Po dwóch długich dniach na Phukecie wsiedliśmy na statek, żeby dopłynąć do rajskiego Krabi. Procedura jest prosta: „Pilnuj naklejki"!. I to jest prawda. W kraju, gdzie język angielski jest jeszcze mniej powszechny niż w Polsce, odwoływanie się do prostych znaków zdaje się być niezbędne, a jako, ze statek płynął w kilka różnych miejsc a do tego posiadał parę miejsc przesiadkowych w pełnym morzu, to aby się nie zgubić i nie odnaleźć gdzieś zupełnie indziej, kolorowej naklejki z oznaczeniem celu podróży należało bardzo strzec. Rzeczywiście po dwóch przesiadkach na inne statki i w ostateczności na długą łódź, dotarliśmy na plaże Zatoki Railay, gdzie znajdował się nasz hotel. Walizki na kółkach nie były dobrym pomysłem w miejscu gdzie transfer kończy się w wodzie po kolana 20m od brzegu a od hotelu dzieli cię jeszcze 30 metrowy pas piaszczystej plaży. Ale poradziliśmy sobie. A raczej kobiety sobie poradziły dając swoje walizki mężom do dźwigania na plecach.

Railay Bay – transfer hotelowy :)Już podpływając do Zatoki, rozpostarł się przed nami boski widok... Wspaniałe, ogromne, jakby „wiszące" ponad taflą wody skały, biały piasek i wszechogarniający spokój podszeptywał nam, że właśnie tu mieliśmy się znaleźć. Tu czas jakby się zatrzymał, tu nie ma samochodów, ba! tu nie ma nawet drogi. Tylko skały, wspinający się na nie śmiałkowie, gęsty las, kilka hoteli i sklepików oraz plaża. Właśnie tak wyobrażałam sobie miejsce do wypoczynku. Nie minęło 20 minut a już byliśmy po zakwaterowaniu i z powrotem na plaży z ręcznikami w zębach, gotowi do smażenia się na słońcu. I tak właśnie, z małymi wyjątkami, z mniejszym lub większym filtrem, spędziliśmy następne pięć dni. Mój typ, filtr 35. Wyjątkami były sporadyczne wyczerpujące wycieczki kajakami wokół pobliskich skał bądź na zakupy w pobliskim Ao Nang, oddalonym o 80 THB i 15 minut rejsu długą łodzią oraz całodniowy wypad motorówką na wysepki Phi Phi.
Niezwykłe wysepki o baśniowej nazwie Phi Phi znane są przede wszystkim jako miejsce nakręcenia filmu „Niebiańska Plaża" z Leo Di Caprio w roli głównej i zaiste są prześliczne. Niestety nie pominął ich rozwój turystyki i elementy cyrkowe występują gdzie niegdzie, to pod postacią sklepów i straganów z pamiątkami, to kolorowej zjeżdżalni na środku morza. Są też kolorowe rybki pływające tuż przy powierzchni, które tylko zapraszają do podglądania. Jednak warto zobaczyć ten skrawek Raju na ziemi, choćby po to, żeby mieć na jego temat własne zdanie.

Po pięciu dniach prawie - leniuchowania przyszedł czas na powrót do rzeczywistości. Zapakowaliśmy się więc z naszymi kołeczkowymi walizkami do długiej łodzi, następnie do busa na lotnisko w Krabi, potem na lot do Bangkoku, potem do Doha, następnie do Paryża a na końcu do Krakowa... Ledwie 37 godzin i już byliśmy w domu. W innym świecie. Po wakacjach......
Pozostały wspomnienia, 568 zdjęć i plany na następną eskapadę.

więcej na moim blogu

---

KiniaMalinia


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Tunezja - bliska egzotyka

Autorem artykułu jest katia81



Tunezja bardzo często wybierana jest jako cel pierwszych egzotycznych wycieczek z uwagi na relatywnie krótki dystans oraz przystępne ceny. Do Tunezji najłatwiej dostać się oczywiście samolotem, aby koszt podróży nie podniósł drastycznie kosztów naszych wczasów warto skorzystać z oferty last minute.

Tunezja z pewnością należy do jednego z najczęściej odwiedzanych przez Polaków kraju afrykańskiego. To taka tania egzotyka. Kiedy nie stać nas na wyjazd do Kenii, fundujemy sobie wczasy w Tunezji, odległej niewiele bardziej niż np. Hiszpania, czy Turcja, a konkurującej dość mocno z tymi krajami cenowo.

Jak to wygląda w praktyce? Wsiadamy w samolot, lecimy do jakiegoś większego miasta, stamtąd autokarem do hotelu i praktycznie już tam zostajemy. Mamy do dyspozycji wszystkie zdobycze cywilizacji z sauną jaccuzi, restauracjami, basenami, telewizją, internetem itp. Dostajemy oczywiście wstęp na plaże ale tylko chronioną, hotelową. O tym, że jesteśmy w Afryce praktycznie nic nam nie przypomina. Tylko świadomość i ewentualnie napis na skierowaniu mówi nam, że to egzotyka. Należy przy tym pamiętać, że w hotelu, w granicach ośrodka wczasowego i chronionej plaży jesteśmy absolutnie bezpieczni. Jedyne co nam grozi to poparzenie słoneczne, o które tutaj nietrudno. Natomiast wychodząc poza ogrodzenie kompleksu wypoczynkowego bierzemy na siebie pewne ryzyko, które wiąże się chociażby z nieznajomości relacji i obyczajów tutaj panujących. To zupełnie inny kraj, nowy dla nas, nieznany, zupełnie inni ludzie mimo, iż to wciąż wczasy nad morzem Śródziemnym..

Prawdziwej jednak Tunezji nie zwiedzimy zza okien klimatyzowanego autokaru. Nie poczujemy żaru pustyni i spiekoty tunezyjskiego sońca siedząc w hotelu. Nie spróbujemy tradycyjnych potraw takich jak chociażby kuskus z baraniną, czy pastę z ostrej papryki - tzw harissę, racząc się tym wszystkim, co mamy dostępne na terenie hotelu w ofercie all inclusive.

Niewątpliwą atrakcją charakterystyczną dla Tunezji są hammy czyli arabskie łaźnie, do których chodzi się nie tylko w celach kąpielowych, ale przede wszystkim towarzyskich. Aby skorzystać z takiej łaźni musmiy opuścić hotelowy konglomerat i spróbować odkrywać kraj na własną rękę, bądź korzystając z usług przewodnika.

Do bardzo ciekawych zjawisk w Tunezji należą obrzędy weselne i ślubne odbywające się w tym kraju. Jeżeli w łaźni natkniemy się na grupkę śpiewających i rozbawionych kobiet, to możemy być pewni, że wśród nich jest panna młoda. Warto wtedy wprosić się na wesele i zobaczyć tamtejsze zaślubiny i obrzędy weselne na własne oczy. Ceremonie ślubne w Tunezji trwają około tygodnia cały czas będąc tylko swego rodzaju preludium do faktycznych zaślubin. Narzeczeni bowiem, spotykają się dopiero ostatniego wieczora tej długiej uroczystości.

---

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Casablanca, dromadery i kuskus – klimaty marokańskie

Autorem artykułu jest Anna Chreptowicz



To przepiękne państwo, domena świata arabskiego, przez wieki stanowiło „smaczny kąsek” dla europejskich kolonizatorów. Dlatego wędrując po ulicach marokańskich miast, możemy napotkać wiele symboli przeniesionych tu ze świata Starego Kontynentu.

Maroko kusi nie tylko swym pięknem i bogatą historią, ale także wspaniałą kuchnią. Przedstawiam miasta, które musicie zobaczyć, jeśli wybieracie się w te rejony.
Na zachodzie kraju znajduje się Rabat – stolica Maroka. Miasto z pewnością zachwyci nas bogactwem wspaniałych wyrobów rzemieślniczych. Przeróżne wzory dywanów, piękna biżuteria i ceramika – to skarby, które znajdziemy spacerując po zatłoczonych ulicach lub wstępując na miejscowe bazary. Rabat jest jednym z ważniejszych ośrodków turystycznych Maroka. Założony w 1150 roku, szczyci się bogatą i burzliwą historią. Warto wspomnieć, iż przez stulecia, miasto było centrum piractwa zachodniej części Morza Śródziemnego. Dziś, na szczęście, pozostaje innym centrum – kultury islamu. Biblioteka Narodowa, Instytut języka arabskiego, Uniwersytet im. Muhammada V, liczne muzea, to świadectwa przywiązania do tradycji i kulturalny profil miasta.
Miłośnicy zabytków z pewnością zadowolą się licznymi śladami historii, rozrzuconymi po całym Rabacie. Mauzolea, ruiny meczetu Hassana z XII w., XIV-wieczne łaźnie – to tylko niewiele spośród atrakcji. W centrum czeka na nas cytadela budowana w XII-XVII w., Pałac królewski Dar el-Makhzen i Muzeum Antyków. Obiektem wartym obejrzenia jest kompleks ruin Szalla. Jest to pozostałość królewskiej nekropolii z czasów dynastii Almohadów, znajdująca się na przedmieściach miasta. Możemy tu podziwiać świetnie zachowany minaret meczetu Abu Jusufa, pozostałości murów obronnych i grobowców.

Wszyscy spragnieni słońca i błogiego lenistwa, powinni udać się do Agadiru. Czeka tu na Was ponad 10km pięknych plaż oraz słońce, które grzeje turystów ponad 300 dni w roku. Te wspaniałe warunki sprawiają, iż miasto jest jednym z najpopularniejszych ośrodków wypoczynkowych w Maroku. Na podróżników czekają wspaniałe hotele, skupione przy bulwarze Muhammada V, ciągnącym się wzdłuż plaż. Agadir polecany jest głównie pasjonatom sportu. Jeśli uwielbiacie wodne szaleństwo – to miejsce na pewno sprosta waszym oczekiwaniom. Surferzy i kitesurferzy nie będą się nudzić, bo warunki do uprawiania tych sportów są tu idealne. Również miłośnicy wypraw jachtowych znajdą wiele ciekawych miejsc na rejsy.
Agadir nie jest miejscem dla amatorów historii. Utracił on swój typowo marokański charakter, podczas tragicznego trzęsienia ziemi, które 29 lutego 1960r. niemal doszczętnie go zniszczyło. Do dzisiaj trwają prace nad odbudową miejscowej medyny (starej dzielnicy miasta, w której przeważnie mieszczą się bazary i główny meczet).

Kolejnym przystankiem w podróży po Maroku jest jego największe miasto – Casablanca. Swoją popularność zawdzięcza głównie filmowi, o tym samym tytule, który uplasował się na 10 miejscu, wśród 200 najpopularniejszych filmów wszechczasów. W mieście odbyła się także słynna konferencja przywódców państw alianckich, którzy w hotelu Anfa planowali strategię dotyczącą II wojny światowej. Warto przejść się po pięknym, historycznym centrum miasta, w którym możemy zatrzymać się na obiedzie w tradycyjnej restauracji. W Casablance znajduje się jeden z największych meczetów świata – meczet Hassana II. Jest on zbudowany na sztucznym nasypie, ponad Oceanem Atlantyckim. Wewnątrz, dzięki przeszklonej podłodze, można odnieść wrażenie stąpania po wodach oceanu. Przy meczecie znajduje się najwyższy na świecie minaret (210m). Obiekt można podziwiać z zewnątrz i ze środka, dzięki otwarciu go nie tylko dla wyznawców islamu.

Będąc na południu kraju, warto zwiedzić Marrakesz – stolicę regionu. To czwarte co do wielkości miasto ma do zaoferowania wiele atrakcji, głównie tych związanych z historią.
Po pierwsze – miejska medyna została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Warto więc przespacerować się po głównych ulicach tego historycznego miejsca. W obrębie medyny znajduje się meczet Alego ibn Jusufa, który jest najstarszą, zachowaną budowlą tego typu w mieście (XII w). Niestety jest on zamknięty dla niemuzułmanów. Jednakże budynkiem otwartym, który również zasługuje na uznanie, jest położona przy meczecie szkoła teologiczna (tzw. medresa). Wnętrze zdobione przepięknymi sztukateriami, z pewnością zachwyci wszystkich zwiedzających.
Ciekawym obiektem są również Grobowce Saadytów - nekropolia składająca się z dziedzińca, dwóch mauzoleów i pięknego ogrodu. Najstarszy grób w obrębie cmentarza pochodzi z 1557r., a najpiękniejszy należy do Ahmada I al-Mansura. Miejsce jego pochówku to wnętrze z dwunastoma kolumnami, którego ściany pokryte są płaskorzeźbami i mozaikami.
Za największą atrakcję turystyczną miasta został uznany plac Dżamaa al-Fina. Znajduje się on na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. W XIX wieku odbywały się tu targi niewolników i egzekucje, dlatego też często jest nazywany „zgromadzeniem umarłych”. Dżamaa al-Fina to miejsce, które codziennie tętni życiem. Znajdziemy tu liczne stragany z wyrobami rzemieślniczymi, z produktami miejscowej kuchni i z pamiątkami. Wokół straganów odbywa się istny teatr bębniarzy, zaklinaczy węży, kuglarzy i opowiadaczy niesamowitych legend, którzy swoimi osobliwymi talentami starają się zwrócić uwagę turystów.

Jeśli interesujecie się kulturą arabską, chcecie spędzić czas miło i ciekawie, w promieniach nieustannie świecącego słońca, zasmakować wspaniałej kuchni i poznać kawał wielkiej historii – musicie wybrać się do Maroka. Tutaj czekają na Was niezliczone atrakcje i możliwość zapoznania się z odmienną i niezwykle bogatą tradycją arabskiego świata.

---

Zespół Net Holidays


Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl